sobota, 27 września 2014

Przywiezione z podróży - Toskania cz.1


Pamiętam lat temu naście przeczytałam artykuł pewnej reporterki o rodzinnej wyprawie do Toskanii. Już wtedy obiecałam sobie, że kiedyś i ja tam pojadę...
To było moje marzenie, które spełniłam już 2 razy:-)
Po raz pierwszy byłam tam za sprawą pewnej "malutkiej" osóbki, która nas tam przywiozła 
i sprawiła, że Toskanię poczułam wszystkimi zmysłami. Obiecałam sobie, że muszę tam zabrać najbliższych, żeby poczuli to samo;-)


Polecieliśmy do Bolonii samolotem. Zorganizowałam wyjazd dla  najbliższej rodziny i przyjaciół. W sumie zebrało się nas 24 osoby i troje "obcych". Dzisiaj mogę Ich śmiało  nazwać "swoimi":-) 
Od samego początku, jeszcze w zamysłach miała to być wyprawa kulinarna z warsztatami. Justyna, nasza organizatorka (właścicielka biura lemon&lime) i ta sama "mała" osóbka:-), podchwyciła temat ochoczo. Sama lubi gotować i sprawia Jej to ogromną frajdę. Rezydowaliśmy w winnicy Castel Coiano - agroturystycznym zamku, więc warunki na gotowanie  były idealne. 
O naszym lokum i o warsztatach kulinarnych  będzie osobny post. Nie sposób zmieścić wszystkiego w jednym. Chcę, żebyście zobaczyli to moimi oczami:-)


Uwielbiam małe  średniowieczne miasteczka z cudnymi uliczkami, panującym spokojem (mimo tłumów turystów). Rozbrajał mnie  widok beztroskich staruszków, siedzących przed domami na krzesełkach, dla których turyści byli atrakcją;-)


Pięknie udekorowane tarasy i wejścia do domów przykuwały naszą uwagę. 
Tam naprawdę czas wolniej płynie;-)


Certaldo,  San Gimignano, Volterra, Lari - to miejsca, które ukazują nam znajome zakamarki, podziwiane  na widokówkach. Były tak bliskie i realne, że musiałam je uwiecznić. Pamiątki bezcenne. Gdziekolwiek człowiek się nie odwrócił słychać było zachwyty.  
Ukazywały nam się niesamowite obrazy :-)



Każde z tych miasteczek odkrywało zjawiskowe uliczki i swoje tajemnice. Pierwszym, odwiedzonym przez nas było San Gimignano - słynie z szafranu uzyskiwanego z krokusów uprawnych i lodów znanych na całym świecie. 
Certaldo to miejsce urodzenia, śmierci, a także pochówku Boccaccia. Szukaliśmy tam cebuli o smaku niespotykanym nigdzie,  która jest w herbie miasta i na szyldach sklepów. Mieszkańcom musimy  wierzyć  na słowo, gdyż nie udało nam się jej znaleźć;-) Atrakcją turystyczną Certaldo jest wjazd kolejką  do górnej części Starego Miasta. 
Volterra natomiast to miasto alabastru. Pierwszymi mistrzami obróbki tego minerału byli Etruskowie. Wyroby zdobią każdą witrynę wystawową sklepów. Miejscowość jest  także znana z wampirów z sagi "Zmierzch".Tłumy wielbicielek poszukują uchwyconych w książce miejsc.


 Podczas naszej wyprawy byliśmy w  miejscach, gdzie asymilowaliśmy się z mieszkańcami. Popijaliśmy z nimi pyszną kawę, próbowaliśmy ich specjałów. To chyba najfajniejsze uczucie, poczuć się tam jak u siebie w domu;-) Może dlatego Toskania jest rejonem, gdzie kiedyś mogłabym  zamieszkać...Ach marzenia;-)


Na naszej drodze były też perełki, z których  słyną Włochy. Jedną z nich była Florencja. Jednak bardzo mnie rozczarowała. Rzeka ludzi przelewających się ulicami, komercja i ceny przyćmiły romantyczny obraz, z którym zawsze kojarzyło mi się to miasto. Zupełnie inne wrażenie wywołała Siena. To przede wszystkim udekorowane flagami dzielnice, zwane contradami, słynny wyścig Palio przyciągający tłumy turystów z całego świata. Przepiękna zabudowa głównego placu Piazza del Campo skupia mieszkańców i turystów. Trudno uwierzyć, że latem zamienia się on w tor wyścigowy;-)


 Cattedrale di Santa Maria Assunta jest katedrą  pięknie zdobioną zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. Florencka katedra przewyższa ją wielkością, ale wnętrze świątyni w Sienie bije ją o głowę. 




Na zdjęciu poniżej widzimy ślad wygranej w Palio - baner z jeźdźcem z contrady Sowy. Dekoracja miasta jest  przywilejem zwycięzców. Dwie dzielnice zawsze świętują, gdyż wyścig przeprowadzany jest dwukrotnie, w lipcu i w sierpniu.


Nasza wycieczka trwała tydzień. Mieliśmy czas na zwiedzanie, zabawę, wypoczynek i dopieszczanie naszych podniebień. Właśnie tak sobie wyobrażałam tę podróż i mam nadzieję, że tak samo odebrali ją pozostali uczestnicy. O naszych warsztatach i wyprawach kulinarnych  jak również o winnicy, na terenie której mieszkaliśmy napiszę w 2 części. 


A z Justyną już planuję kolejną wyprawę...:-)

poniedziałek, 22 września 2014

Omlet z kurkami


Dzisiejszy post jest wyrażeniem mojego wielkiego żalu...żalu spowodowanego niefortunnym upadkiem, który  pozbawił mnie przyjemności zbierania grzybów tej jesieni ;-( Na szczęście zdążyłam na początku września zrobić sobie zapasy i żyję nadzieją, że ich urodzaj będzie nam trwał do późnych dni jesieni i będzie mi jeszcze dane pójść na grzybobranie;-) 


Kontuzja nogi pokrzyżowała wiele moich planów...
Na pocieszenie przyłączycie się do kurkowej uczty?;-)


Składniki:
  • 2 jajka,
  • 1 mała cebula,
  • spora  garść świeżych kurek,
  • szczypiorek do posypania,
  • sól, pieprz,
  • masło.
Przygotowanie:

Kurki oczyścić, większe sztuki rozkroić na pół, a mniejsze zostawić w całości. Na maśle podsmażyć drobno pokrojoną cebulkę, dodać kurki. Doprawić solą i pieprzem, chwilę smażyć do odparowania płynu. Jajka roztrzepać dodać sól i pieprz, wylać na drugą patelnię z roztopioną łyżeczką masła, nie mieszać. Kiedy brzegi się zetną, można podważyć łopatką, aby masa wylała się pod spód. Kiedy omlet nie jest już płynny, na połowie rozłożyć podsmażone grzyby. Złożyć i zsunąć na talerz, posypać pokrojonym szczypiorkiem. Oprószyć pieprzem.











wtorek, 16 września 2014

Bakłażany z mozarellą i gremolatą


Oczywiście zanim poukładam sobie w głowie wszystko z wyjazdu do Toskanii i przedstawię relację na blogu, chciałam zaprezentować jedno z moich dań, które zrobiliśmy wspólnie na moich warsztatach. Pomocników było dużo, ale też uczestników naszej biesiady sporo. Powiem Wam - nie lada to wyczyn ugotować dla 30 osób, mimo, iż we wszystkim mi pomagali. Szacun dla tych, którzy na co dzień muszą wykarmić tylu ludzi. Nie ma to nic wspólnego z gotowaniem w zaciszu domowym. I największą presją był czas...Ale wspólnymi siłami daliśmy radę, za co wszystkim bardzo dziękuję.
Mam nadzieję, że i Wam posmakuje:-)



Składniki:
  • 1 bakłażan,
  • 1-2 kulki mozarelli,
  • 2-3 łyżki gremolaty,
  • oliwa z oliwek,
  • sol, pieprz
na gremolatę:
  • 2 ząbki czosnku,
  • 0,5 pęczka natki pietruszki,
  • skórka z 1 cytryny,
Przygotowanie:

Liście natki drobno posiekać, skórkę cytryny zetrzeć na drobnej tarce, a czosnek pokroić w drobną kosteczkę. Wszystkie składniki gremolaty wymieszać.
Bakłażana pokroić w plastry grubości ok. 0,7 cm, posolić i odstawić na 0,5h. Następnie spłukać, wysuszyć ręcznikiem, natrzeć oliwą. Podpiekać do miękkości w piekarniku lub podsmażyć na patelni grillowej (wtedy zużyjemy więcej oliwy). Ostudzone bakłażany posolić i posypać pieprzem, położyć ser pokrojony w 0,5 cm plastry i posypać gremolatą.



Poniżej zdjęcia  naszego stołu ustawionego w ogrodzie winnicy, gdzie zazwyczaj spożywaliśmy wszystkie posiłki, popijając winem serwowanym przez naszych gospodarzy.


Jedna z biesiad:-)



Zdjęcia zrobione są przez fotografa, jednego z naszych uczestników, Staszka:-) 
Taki wypas mieliśmy:-)






niedziela, 7 września 2014

Crostini z figą i owczym serem


Dzisiejszy post jest ostatni przed moim urlopem. A w związku z tym, że będę wypoczywać w Toskanii to proponuję  kanapeczką crostini z serem owczym i świeżą figą. Można  w taki sposób delektować się włoskimi smakami. 
Ja natomiast tam będę zrywać świeże figi z drzewa;-)


Składniki:
  • kilka kromek ciabaty,
  • 1-2 figi świeże,
  • kilka plastrów rolady owczej lub koziej,
  • oliwa z oliwek,
  • sól, pieprz,
  • winegret balsamiczny.
Przygotowanie:

Pieczywo skropić oliwą z dodatkiem soli i pieprzu, zapiec w piekarniku do zrumienienia. Połozyć ser, na to kawałki figi. Skropić kanapkę winegretem balsamicznym.











czwartek, 4 września 2014

Sos paprykowy



W zeszłym roku dostałam słoiczek na spróbowanie. Włożyłam go do spiżarki i zapomniałam. Dopiero wiosną mi się przypomniało i zachwycałam się smakiem, smarując  obficie kanapki. Już wtedy postanowiłam, że kiedy nadejdzie sezon, to będę robić zaprawy z sosem paprykowym.
Moja córcia jak spróbowała, to zapowiedziała, że nikomu poza malutkimi wyjątkami, mam nie dawać w prezencie;-) No ale jak nie? Już 3 raz przerabiam i rozdaję lub częstuję;-) Starczy dla wszystkich;-)
Pani Karolino, proszę tacie podziękować!;-)



Składniki:
  • 3 kg papryki czerwonej,
  • 20 dkg papryki chilli świeżej ( ja nie mogłam dostać i dodałam suszonej bez pestek - sztuk 6),
  • 2-3 główki czosnku (dałam 2,5),
  • 0,5 litra oleju,
  • 1,5 szkl. octu,
  • 0,5 kg cukru,
  • 1 mały przecier pomidorowy,
  • sól do smaku,
  • 1 łyżka vegety (dodałam swojej 2 łyżki).
Przygotowanie:
 
Papryki umyć, oczyścić z pestek. Zblendować razem z chilli i czosnkiem lub przecisnąć przez maszynkę. Dodać resztę składników.  Doprawić solą. Gotować około 0,5 h. Wszystko zależy, czy papryki są bardziej soczyste czy mniej. Za drugim razem, po zaprawieniu w słoiki miałam sporo wody na dnie słoiczków. Dlatego należało dłużej pogotować, aby to odparować. Gorący sos rozlać do wyparzonych słoików. Pasteryzować koło 10 minut.
Podawać do kanapek, pieczonych mięs, jako dip do warzyw i grissini.


 
Dodaję przepis do akcji:
 
Warzywa psiankowate 2014

poniedziałek, 1 września 2014

Warsztaty kulinarne Fish: Rybka lubi pływać



Miałam okazję już niejednokrotnie uczestniczyć w warsztatach kulinarnych i zawsze  (przynajmniej mam to szczęście) trafiałam na fachowca przez duże „F”, który przekazywał  nam bardzo kompetentną wiedzę.
Jednak do tej pory trafiałam na zajęcia poza miejscem zamieszkania. Tym razem uczestniczyłam w rybnych warsztatach w studio kulinarnym Look&Cook w Zielonej Górze, praktycznie po sąsiedzku mojego domu;-) Pierwsze zaproszenie od nich dostałam w lipcu. Niestety nie mogłam w nich wziąć udziału ze względu na zaplanowany urlop. Teraz wszystko pasowało i z pewną dozą nieśmiałości wybrałam się w sierpniowe, poniedziałkowe popołudnie  zdobywać kolejne doświadczenie. Przyjechałam troszkę wcześniej, żeby porobić zdjęcia jeszcze przed całą gorączką zajęć. Zaskoczyło mnie bardzo ciepłe wnętrze,  pięknie nakryty stół 


i chyba najbardziej -  przygotowane perfekcyjnie stanowiska pracy z materiałami praktycznymi i teoretycznymi;-)
 
  
Poznałam organizatorów A. i M. Ignatowicz oraz prowadzącego, Maćka Ostrowskiego i cały mój niepokój odszedł w zapomnienie.  Wewnętrznie czułam, że to będzie bardzo miły wieczór, ale nie przypuszczałam, że aż tak długi ;-)) Ale wszystko po kolei;-) Po przybyciu wszystkich uczestników zabraliśmy się ostro do pracy. I na pytanie chefa, czy bardzo się spieszymy, odparliśmy chórem, że "nie". Ostrzeżono nas wtedy, że nie wiemy co czynimy…;-)
Zespół został podzielony i rozdano nam prace przygotowawcze – naszej 3 przypadło w udziale oskrobanie i umycie głównych bohaterów warsztatów, a mianowicie halibuta, dorad, miętusów, dorsza, makreli i małych sielaw. Pozostali czyścili i obierali warzywa.  Nie obyło się bez teoretycznego wstępu, a mianowicie pokazania techniki posługiwania się nożem i ogólnie o podstawach filetowania. 



Gdy wszystko było przygotowane przeszliśmy do praktycznych zajęć i zabraliśmy się za filetowanie ryb. Dla mnie  do tej pory temat był raczej obcy i najczęściej w sklepie kupowałam filety lub przygotowywałam cale tuszki. Oj zmieni się to niebawem, myślę, że ku uciesze rodzinki;-)
Poniżej zdjęcia halibuta. Te nacięcia na skórze są po to, żeby ryba podczas smażenia nie wywijała się i trzymała pięknie formę;-)


Jak to bywa u prawdziwego kucharza nic nie może się w kuchni zmarnować. Każdy prawie odpad lądował w wielkim garze, a wywar z tego był podstawą pysznego bulionu, który gotował się przez większość czasu. W międzyczasie zrobiliśmy zalewę octową do pikli , która też posłużyła do niespodzianki przygotowanej dla wszystkich uczestników warsztatów.
Pierwszym daniem przygotowanym przez nas był dorsz z puree selerowym, szynką dojrzewającą i  pomidorami confit. W ogóle najmilszym momentem naszych warsztatów była degustacja:-) Musicie przyznać, że prezentujące potrawy wyglądają bardzo apetycznie i zapewniam, że smakowały wybornie, jak w najlepszej restauracji specjalizującej się owocami morza.


Po jakże miłym przerywniku, lekko rozleniwieni zabraliśmy się do  sporządzenia kolejnej smakowitej rybki. Tym razem była to makrela. W sumie do tej pory świeżą makrelę jadłam raz w Chorwacji i tam jej smak mnie lekko rozczarował, bo smakowała tak jak wędzona. Tu miłym dodatkiem okazał się zielony groszek i karmelizowany kalafior. A znaczącą "wisienką" były ogórkowe pikle, które w expresowym tempie były przygotowane na naszych zajęciach.


Poniżej danie, które różnorodnością smaków i dodatków najbardziej chyba mnie zaskoczyło, a mianowicie miętus w towarzystwie ziemniaczanych rosti z dipem z anchois i suszonych pomidorów. Komponowało się znakomicie i wiem, że będzie często gościło na naszym stole:-)


Zrobiło się bardzo późno i zrozumiałam dlaczego ostrzeżenie o wolnym czasie było poruszone;-) Przed nami zanosił się jeszcze dłuugi wieczór, bo kilka dań zostało do realizacji;-) Na pierwszy ogień poszedł  gotujący się bulion, który zamienił się w przesmaczną bazę dla naszego halibuta. Dodatkami były smażone warzywa i makaron gryczany. Mówię Wam - niebo na talerzu;-)


Zapomniałam na wstępie dodać, że do wszystkich dań mogliśmy popijać białe wino i tu do dorady podanej na duszonych porach ze śmietaną i małżami komponowało się znakomicie.




Na koniec, jakby jedzenia było mało, zrobiliśmy pod okiem mistrza Macieja deser, ale nie rybny tym razem;-) Było to tiramisu jagodowe w formie przegryzki finger food. Wyglądał bajecznie i tak samo smakował.



Nadszedł koniec naszego spotkania. Jakież było nasze zdziwienie, gdy spojrzeliśmy na zegarki...była 22:50, a planowany finisz był przewidziany na 21:30:-) Jednak chyba nikt nie był tym faktem rozczarowany. Po takiej uczcie w tak przesympatycznym towarzystwie, cudownym miejscu i ciepłej atmosferze pożegnaliśmy się, będąc pewnym, że wrócimy tu jeszcze nie raz. No dobra, ja na pewno wrócę, ale sądzę, że wyraziłam zdanie większości;-) Na odchodne dostaliśmy niespodziankę - słoiczki z sielawą w marynacie z chili i cebulą:-)
Był to wieczór bardzo udany. Maciej okazał się osobą pełna pasji, kontaktową i znakomicie przygotowaną merytorycznie, a to lubię:-)
 I jestem bardzo zadowolona, że kolejne warsztaty z Nim są w planie:-):




środa, 27 sierpnia 2014

PANE IBLEO – sycylijski chleb z pszenicy durum


Byłam bardzo ciekawa jaki tym razem Amber zaproponuje chleb w naszej wirtualnej piekarni. Cieszyłam się nim do czasu, aż nie zaczęłam zbierać potrzebnych produktów do jego upieczenia. Jakież było moje zdziwienie, że nigdzie nie ma pszenicy durum;-((
Koniec końców skończyło się happy endem, bo Alutka wyczaiła jeden sklep, który miał ją w ofercie. Ale, żeby miasto ponad 100 tysięczne, które od stycznia będzie jednym z większych w Polsce, miało tak kiepskie zaopatrzenie...Byłam w szoku;-(
No to teraz przejdźmy do naszego chlebka;-) Musicie go spróbować, bo chyba nie muszę mówić, że jest pyszny;-) Jest dokładnie taki na jaki wygląda, mięsisty, chrupiący... Z oliwą smakuje wybornie i z każdym innym dodatkiem. Choć ja chleby włoskie właśnie preferuję z oliwą plus przyprawy. Nic mi więcej do nich nie potrzeba:-)


Przepis wybrała  Łucja z bloga Fabryka Kulinarnych Inspiracji.
Oryginalny przepis możecie zobaczyć na blogu
Bread & Companatico .
A upieczony już chleb polecam Wam podziwiać u Renatki na Jej blogu
Forks’N’Canvas, która również przetłumaczyła nam przepis.

Link jak formować Pane Ibleo.


PANE IBLEO – TRADYCYJNY CHLEB Z PSZENICY DURUM Z MONTE IBLEI

  • 200 g (100% hydracji) zakwasu pszennego (u mnie pszenno-żytniego), dokarmionego i bardzo aktywnego,
  • 1 kg mąki z pszenicy durum ( robiłam z połowy porcj - u mnie 400 g pszenicy durum, 100g mąki lususowej typ 550),
  • 500-550g wody,
  • 3 łyżeczki soli morskiej,
Ten przepis nie nadaje się do wyrabiania w mikserzetrzeba będzie wyrabiać ręcznie. Początkowo będzie to trochę trudne lecz ostatecznie ciasto stanie się bardziej miękkie i jedwabiste w dotyku. ( Ja mieszałam jednak w miskerze i się dało;-))
Przesiać mąkę bezpośrednio na stolnicę, zrobić wgłębienie w środku „górki” mąki, umieścić w nim zakwas i stopniowo dodawać wodę do zakwasu. Mieszać, aż zakwas się lekko rozrzedzi. Dodawać wodę rownocześnie zagarniając mąkę do środka zakwasu. Dalej wyrabiać dolewając resztę wody i sól aż wszystkie skladniki połączą się w jednolitą masę. 

Wyrabiac tak długo aż ciasto będzie gładkie i miękkie. Zajęło mi trochę czasu, z krótkimi przerwamiNie ma potrzeby się spieszyć
Jeśli ciasto jest nadal niejednolite i suche, dodać więcej wody i tyle mąki, aby uzyskać gładkie ciasto o konsystencji ciasta plasta. Na tym etapie ciasto jest jedwabiste i przyjemne w użyciu.

Rozpłaszczyć ciasto rękoma i złożyć na trzyObrócić o 90 stopni i złożyć na 3, Czynność tę powtórzyć 3 razy. Przykryć ciasto i pozwolić mu odpocząć 30 minut i ponownie spłaszczać i składac 4 razy.

Przykryć i wstawić do lodówki na noc. Rano wyjąć przykryte ciasto na 30-60 minut tak by osiągnęło temperaturę otoczenia. Wyłożyć ciasto na oprószoną mąką stolnicę i podzielić je na 3 lub 6 sztukPodzieliłam moje na 3 z czego wyszły chlebki dlugości 35-40 cm po upieczeniu. Uformować grube wałeczki z zaokrąglonymi końcami, podobnie  jak na zdjęciach u góry i zrobić ręką jak najgłębsze podłużne wgłębienia uważając by nie przerwać ciasta na pół. Złożyć ciasto wzdłuż wgłębień, odwrócić spodem do góry, przykryć i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 1,5-2 godzin.

Nagrzać piekarnik do 250 C z płaskim naczyniem na spodzie dla pary.

Po wyrośnięciu delikatnie odwrócić chleby spodem do góry, naciąć zgodnie ze zdjęciem lub według własnego uznania. Ja nacięłam wielokrotnie co 1,5 cm średnicy tak, jak kroi się chleb, tylko nie do końca. Zrobiłam również małe cięcia na przeciwnych stronachogonków. Wygiąć  końce nie uszkadzając nacięćMusiałam ponownie naciąć niektóre z nich po wygięciu.

Chleb wsunąć do piekarnika i natychmiast wlać szklankę wrzątku. Piec z parą przez 10minut, następnie piec przez kolejne 15-20 minut w niższej temperaturze (w moim przypadku do 200 ° C)  uważając by chleb nie zanadto się zrumienił.

Wystudzić na kratce.
Uwagi:
  • Robiłam z połowy porcji i wyszły mi 2 chlebki.
  • Mieszałam w mikserze, a nie ręcznie.

Tradycyjnie zapraszam na chlebki do zaprzyjaźnionych blogów:
 
Chleb dodany do akcji: